PYRKON 2015

Nowe cele

Od dawna chciałem pojechać na konwent z prawdziwego zdarzenia. Miałem okazję być na dwóch tego typu imprezach w Krakowie, ale wówczas nie byłem na takim poziomie bycia nerdem, jakim jestem teraz. Kiedy moja przyjaciółka próbowała mnie wyciągnąć na Pyrkon, z moich ust leciały odpowiedzi typu „No nie wiem...”, „To daleko...”, „Nie
puszczą mnie raczej...” itp., itd. W efekcie, gdy poczytałem więcej o konwencie, jakie będą panele, jacy goście i że znajomi z dalszych części Polski, których miałem okazję spotkać na obozach, również tam będą, odłożyłem sobie trochę pieniędzy i poszedłem prosto do rodziców, aby uzyskać pozwolenie na wyjazd. Poznań jest bardzo daleko, także musiałem włożyć dużo wysiłku, aby w końcu się zgodzili. Kiedy to nastąpiło, byłem bardzo szczęśliwy, ale nieświadomy tego, co mnie wkrótce czeka.

Pierwszy stres

Właściwie była to moja pierwsza, całkowicie samodzielna i niezorganizowana podróż i to całkiem daleko. Nie da się ukryć, że od samego początku byłem kłębkiem nerwów. Jednak nerwy łatwiej opanować, jeśli masz odpowiednie wsparcie. Dostałem takie, poprzez podróż z moją koleżanką i znajomymi. Co ciekawe, taka podróż do Poznania wydaje się być krótsza, niż samotna podróż do Katowic (które nawiasem mówiąc są
dwadzieścia kilometrów od mojego miejsca zamieszkania). Prawdziwym szczęściem
jest mieć fajnych ludzi, z którymi można spędzić czas. Wtedy nie ważne co się
dzieje, będzie ci raźniej.

Miejsce, w którym każdy może być sobą

Zagrajmy w skojarzenia. Co Ci się kojarzy z „Konwent Fantastyczny”? „Cosplay'e!” - odpowie większość osób. I tutaj muszę się wypowiedzieć o poziomie przebrań na tegorocznym Pyrkonie. "Fantastyczne" to naprawdę mało powiedziane. Każdy cosplayer
prezentował niesamowicie kreatywny poziom. Większość nie tylko wcielała się w postaci z różnych uniwersów, ale również nimi była! Najlepiej zapamiętałem oczywiście hiszpańską inkwizycję, która wciąż pojawiała się w moim polu widzenia. Ciężko było się nie uśmiechnąć, kiedy z ich ust padał nieśmiertelny tekst, który każdy doskonale powinien znać. Oczywiście, sam również zrobiłem cosplay (a raczej dwa). W pierwszy dzień byłem Leonem Zawodowcem, z walizą w ręku i Mathildą w pobliżu, zaś drugiego dnia byłem Marty'm McFly'em, którego cosplay (nie chwaląc się) wyszedł mi całkiem nieźle. Nie był jakiś spektakularny, jak cosplaye Adventure Time, albo Hulkbuster'a, ale moim zdaniem wierny oryginałowi (miejsce na hejt jest przeznaczone w komentarzach).

Nieodparta chęć posiadania rzeczy

Konwenty mają to do siebie, że posiadają stoiska, na których można kupić różne fanty; od koszulek, poprzez figurki, aż po gry planszowe. Są to rzeczy fajne, ale kosztują. Na stoiska z gadżetami przeznaczona była duża hala i jednocześnie odczuwałem radość, ale i cierpienie. Oczy się cieszyły z tylu rzeczy, ale umysł i serce mówiło „nie stać cię”. Jednak zaoszczędzone pieniądze udało mi się przepuścić na wspaniałe gadżety, związane z „Back to the future”, z których jestem niesamowicie dumny Przy wydawaniu
pieniędzy, natknąłem się na cosplayer'a, który powitał mnie słowami „Great Scott!”- chyba wiadomo, kogo cosplay'ował rzeczony człowiek i dlaczego Marty McFly miał taki zaciesz na twarzy? 

Koszulka, portfel i figurka Marty'ego

Panele ale nie podłogowe

Na Pyrkonie wśród atrakcji takich jak stoiska, czy cosplayerzy były również panele tematyczne. Nieraz były to prelekcje, innym razem dyskusje, czasem konkursy albo po prostu "cosie" (nie wiem jak inaczej opisać spotkanie z Demem). Można się dowiedzieć
naprawdę wiele o ulubionych komiksach, filmach, serialach, książkach... właściwie o wszystkim, jak i o tym, w jaki sposób inni ludzie odbierają takie same treści. Żałuję, że nie udało mi się pójść na panele rysunkowe, LARP-y i prelekcje, które kolidowały mi z czasem z innymi, które siłą rzeczy musiałem zaliczyć.

Co kryje się pod krwawym cosplayem, brodą godną drwala i blackmetalową naszywką na plecaku, czyli prawdziwe oblicze nerda

Jeśli chodzi o to gdzie spałem, do dyspozycji była hala sypialna, w której nocowała większość uczestników konwentu. Nie było żadnych szafek, żadnych zamkniętych walizek, wszystko leżało na ziemi. Wszelkie ubrania, fanty, nawet elektronika. Uczestnicy naprawdę darzyli wszystkich niesamowitym zaufaniem i nie bali się zostawić, w końcu nie takich tanich rzeczy, bez żadnej opieki. To samo tyczyło się rzeczy zagubionych. W komunikatorach pojawiały się wiadomości, typu „Szukamy Jana Nowaka, który zgubił niebieski portfel w kratę”. Sam altruizm tych ludzibył godny podziwu. Gdy zauważyłem, że jeden Pyrkonowicz dostał ataku padaczki, od razu podbiegło do niego kilka osób, żeby pomóc. Jeden zadzwonił na pogotowie, inny ułożył go w bezpiecznej pozycji... Szacunek na najwyższym poziomie.
Niewątpliwie największą wadą Pyrkonu jest jego okres trwania. Trzy dni to trochę za mało, by nacieszyć się wszystkim, na wszystko pójść i wszystko zobaczyć. Jednak jest to wystarczająco dużo, by utworzyć niesamowity rozdział w pamięci, który zostanie
tam na bardzo długo. Poznałem cudownych ludzi, wzbogaciłem swoją wiedzę i mam
dużo lepsze nastawienie do życia.

Piotr Knapik

Kreator stron internetowych - przetestuj